Stoję, bo strzelasz – Jakub Sokołowski

Fot. Jakub Sokołowski

Fot. Jakub Sokołowski

Stoję, bo strzelasz

Był ciepły, wiosenny wieczór. Słońce powoli zachodziło. Cały Wrocław szykował się już do snu. W jednym z pilczyckich bloków przy ulicy Hutniczej trzech złodziei – Max, Frak i Dżinks – obmyślało swój wielki plan. Tak naprawdę to nie byli wcale złodziejami. Największym rabunkiem, jaki mieli dotąd na koncie, była kradzież trzech pączków ze spożywczaka. Oni sami jednak uważali się za wielkich złodziei – nie odbierajmy im tego zaszczytu.
Max, szef tej niewielkiej szajki, chrząknął znacząco. Był wysokim, postawnym mężczyzną, miał brązowe oczy, a czarne włosy krótko przycięte. Twarz pokrywał kilkudniowy zarost. Nigdy nie miał wyczucia stylu – dziś do skórzanej kurtki założył spodnie od dresu i jaskrawożółte adidasy. Mimo tego specyficznego wyglądu, a może właśnie dzięki niemu, to on właśnie z całej trójki najbardziej przypominał złodzieja. – Panowie – zaczął Max. – Musimy w końcu zrobić jakiś porządny skok. Nie możemy tu siedzieć na tyłkach. Od tego nam nie przybędzie pieniędzy.
– Mam nawet pomysł, gdzie możemy się udać – rzekł Frak i poprawił czapkę z daszkiem – to był jego znak rozpoznawczy, do pary z koszulką polo. – Do Islandii!
Pozostałej dwójce trochę zrzedły miny. Spodziewali się czegoś bardziej spektakularnego.
– Tak, tak – przekonywał Frak. – Ja mam nawet ciocię w Islandii, możemy u niej przenocować.
– No, to chyba nie mamy nic do stracenia – przyznał niski i gruby Dżinks, przesuwając dłonią po łysinie. Włosy stracił rok temu, podczas nieudanego napadu na stację benzynową. W kluczowym momencie rzucił niedopałek papierosa na ziemię i w ciągu ułamka sekundy wszystko zajęło się ogniem. Wszystko łącznie z jego płomienną, rudą czupryną. Mimo upływu czasu włosy nie chciały odrosnąć. Dżinks rekompensował sobie ich brak, wykupując w okolicznych szmateksach bajecznie kolorowe swetry w geometryczne wzory. W zestawie z sandałami noszonymi do skarpetek uczyniły z niego osiedlowego mistrza stylu.
– To postanowione. Lecimy na Islandię – powiedział Maks, uderzając pięścią w stół.
***
Inspektor Eva Schwarzmorgen przechadzała się po wrocławskim Rynku. Cieszyła się, że już za kilka dni kończy staż i wraca do Niemiec. Ile można tu siedzieć? Ile można być na szkoleniu nie wiadomo o czym? Eva tak naprawdę nigdy nie chciała być policjantką. Właściwie chciała być modelką, ale los zrządził inaczej – agencje umiały docenić jej „trudnej urody”.
Dziś była dość wysoką kobietą w okolicach czterdziestki. Nie była szczupła, ale też nie gruba – wolała określenie „mocno zbudowana”. Ciemnobrązowe włosy zazwyczaj nosiła upięte w kok. I zawsze poza domem miała na sobie mundur, nawet jeśli nie musiała. Uważała, że to dodaje jej powagi i majestatu. A kiedy okoliczności zmuszały ją żeby przebrać się w coś innego, jej ciemne stroje przywodziły na myśl kobiety z XIX–wiecznych portretów.
Na początku nienawidziła tej pracy, ale po kilku latach się przyzwyczaiła. Od pewnego czasu miała nawet nadzieję, że uda jej się w końcu przeprowadzić jakąś spektakularną akcję, dzięki której zostanie doceniona i awansowana. Niestety, nic nie wskazywało, żeby coś takiego miało się wydarzyć.
Te ponure myśli zaprzątały głowę inspektor Schwarzmorgen, sprawiając, że straciła ochotę na kawę i lody z bitą śmietaną w Witamince. Zasmucona wsiadła do tramwaju i pojechała do swojego tymczasowego mieszkania na ulicy Hallera. Przekręcając klucz w zamku, próbowała przekonać samą siebie: „Nie mogę się poddawać. Jutro na pewno będzie lepiej”.
***
Następnego dnia złodzieje znów spotkali się w swojej kryjówce. Chcieli omówić przygotowania do wyprawy na Islandię.
– Sprawdziłem, lot do Reykjavíku jest w czwartek, mamy jeszcze dwa dni – relacjonował Frak.
– Dobra, co musimy ze sobą zabrać? – chciał wiedzieć Dżinks.
Max zastanawiał się chwilę, drapiąc się za uchem: – Na pewno ubrania i coś do jedzenia.
– A co z bronią? – zainteresował się Frak.
– Zwariowałeś? – oburzył się Max. – Jak znajdą ją w bagażu, polecisz najwyżej do najbliższego aresztu niebieskim samochodem! W broń zaopatrzymy się na miejscu.
– Kiedy wracamy? – spytał Dżinks.
– Najlepiej pasuje nam lot w sobotę, trzeciego kwietnia – Frak sięgnął do notatek.
Max myślał nad czymś chwilę, marszcząc czoło. Wreszcie twarz mu się rozjaśniła: – Aha, jeszcze jedna sprawa. Musimy sobie załatwić jakiś kamuflaż. Nie możemy rzucać się w oczy.
– Ja chcę być profesorem! – krzyknął Dżinks, który zawsze marzył o tym, żeby studiować archeologię, co uniemożliwił mu brak matury – nawet szkołę podstawową skończył z niejakim trudem. – Założę garnitur i będę miał taką wielką książkę!
– Dobra, ja mogę przebrać się za wczasowicza – Maksowi aż oczy się zaświeciły. Islandia kojarzyła mu się z jedną z tych słonecznych, gorących wysp, których zdjęcia widywał w witrynach biur podróży. „Na pewno będą tam palmy” – pomyślał. A głośno doprecyzował: – Będę miał kolorową koszulę i szorty.
– To za kogo w takim razie mam się przebrać? – Frak miał minę, jakby najlepsze dania sprzątnięto mu sprzed nosa. Spuścił głowę i milczał dłuższą chwilę. A potem nagle aż podskoczył: – Już wiem! Przebiorę się za kolejarza!
– A czemu kolejarz miałby lecieć samolotem? – zaśmiał się Dżinks.
– A co, ma lecieć pociągiem?
– Nie, no w sumie to nie.
– Dobra – Max uznał zebranie za zamknięte. – Spotykamy się w czwartek o ósmej na lotnisku. Na razie.
***
Inspektor Ewa Schwarzmorgen zaparkowała przed gmachem wrocławskiego lotniska. Jej dwutygodniowe szkolenie dobiegało właśnie końca. Jeszcze tylko kilka dni spędzi w Polsce. Kilka kolejnych dni na lotnisku, spędzonych na obserwowaniu pasażerów i próbach wychwycenia niepokojących sygnałów.
Na razie nie miała żadnych sukcesów na koncie. Była rozczarowana – nie udało jej się przeprowadzić żadnej akcji. A miała nadzieję, że właśnie w Polsce zabłyśnie i udowodni swoim przełożonym, że zasługuje na stopień nadinspektora. Niestety, nic nie wskazywało na to, żeby dziś miałaby przybliżyć się do upragnionego celu.
***
Wysłużona czerwona skoda zmierzała w tym samym kierunku. Ulica Graniczna była pusta o tej porze, ale samochód i tak osiągał maksymalną prędkość 60 km/h. Jego pasażerowie nie wyglądali na członków międzynarodowej szajki złodziejskiej, ale byli przekonani, że już wkrótce przeprowadzą kradzież stulecia i będą milionerami. Byli podekscytowani i lekko zestresowani, ale raczej dobrej myśli. W końcu co mogło pójść nie tak?
Samochód zatrzymał się na parkingu przy lotnisku. Max, Dżinks i Frak wyciągnęli bagaże. Zatrzymali się jeszcze na chwilę, żeby sprawdzić, czy niczego nie zapomnieli. Wyjęli paszporty i ruszyli do wejścia.
Na lotnisku był prawdziwy tłum. Zaczynały się ferie wielkanocne i wyglądało na to, że cały Wrocław chce uciec do cieplejszych krajów. Wszyscy szli zdecydowanym krokiem, ciągnąc za sobą walizki na kółkach. Wszyscy, oprócz naszej trójki. Max, Dżinks i Frak stali pośrodku hali, kompletnie zagubieni. Żaden z nich wcześniej nie leciał samolotem.
Dżinks postanowił przejąć inicjatywę. Podszedł do wysokiej blondynki, która siedziała na ławce z gazetą w ręku. – Przepraszam, którędy do odlotów?
Zmierzyła go z góry na dół. Potem spojrzała na stojących obok Maxa i Fraka: – Prosze iszcz prosto, dann w lewo i będzie pan na miejscu.
– Dziękuję – ukłonił się grzecznie Dżinks.
Inspektor Schwarzmorgen pomyślała, że ta trójka wygląda nieco podejrzanie. Niezawodny instynkt podpowiedział jej, że warto byłoby ich poobserwować przez jakiś czas.
***
Złodzieje skierowali do odprawy. Jednak wystarczyło, żeby położyli swoje torby na taśmie, żeby po chwili mężczyzna, który siedział przy monitorze, krzyknął: „Stop!”. Eva Schwarzmorgen spojrzała mu przez ramię, kiedy opróżniał bagaże całej trójki. Miała nadzieję, że znajdzie tam jakieś niebezpieczne przedmioty. Niestety, nożyczki i dezodorant w spreju za mało, żeby ich aresztować. Każdy by ją wyśmiał – przecież nie spakowali ich, żeby dokonać zamachu terrorystycznego na pokładzie. Po prostu nie mieli pojęcia o obowiązujących przepisach. Strażnik wyrzucił zakazane przedmioty do kosza i puścił całą trójkę dalej.
Eva Schwarzmorgen była zdruzgotana. W Niemczech zostaliby w takiej sytuacji przynajmniej dokładnie przeszukani. A tutaj? Szkoda gadać. Poczuła ducha walki. Nie, tak przecież być nie może! Ordnung muss sein!
Przeszła przez stanowiska odprawy, pokazując dyskretnie policyjną legitymację. Potem znalazła całą trójkę pod ekranem, na którym wyświetlał się napis „Reykjavik. Islandia” – do odlotu zostało jeszcze czterdzieści minut. Postanowiła zawiadomić islandzką policję.
***
Max, Frak i Dżinks byli zdumieni, że unoszenie się w powietrzu kilkanaście kilometrów nad ziemią może być tak przyjemne. Frak i Max szybko zasnęli, ukołysani tym lotem, tylko Dżinks kręcił się niespokojnie. Poczuł, że inni pasażerowie spoglądają w jego stronę. Nie mógł odgadnąć przyczyny, był jednak pewien, że coś jest nie tak. Może to była kominiarka, na którą założył grube okulary? Może tatuaż z napisem „Nie lubię policji”? A może koszula z napisem „Thief”? Nie umiał tego wyjaśnić, wiedział jednak, że musi odwrócić od siebie uwagę. Wyjął więc grubą książkę i zaczął ją czytać na głos, wierząc, że to nada mu bardziej profesorski wygląd. Niestety, przez grube szkła widział niezbyt wyraźnie tekst. Mimo to starał się go odczytać: – Ruskie pierogi powodują eskalację drzew iglastych poprzez zanieczyszczenie powietrza i procesy wywołane siedzeniem na kiblu.
Frak i Max natychmiast się obudzili. Przecierali oczy, lekko zdumieni treścią tej księgi. No ale – uznali – skoro właśnie te słowa zostały tam zapisane, coś musi w tym być. Przecież taka gruba księga musi wiedzieć, o czym mówi. Ku zdumieniu Dżinksa pasażerowie nie przestawali się w niego wpatrywać. Nawet stewardessa zamarła w pół ruchu, niosąc tacę z przekąskami.
***
Samolot linii WOWair właśnie podchodził do lądowania w Reykjavíku. Na jego pokładzie znajdowali się Max, Frak i Dżinks. Wszyscy trzej byli bardzo podekscytowani. Kiedy w końcu wylądowali, czuli się trochę zagubieni – sami, daleko od domu, na wyspie pośrodku Oceanu Atlantyckiego. W dodatku kamuflaż, który miał odwracać od nich uwagę, zadziałał wręcz odwrotnie. Największe zainteresowanie budził teraz jednak Max swoimi szortami i sandałami. On sam nie mógł się doczekać momentu, kiedy wyciągnie z walizki coś cieplejszego. Już w samolocie nieźle zmarzł i teraz pociągał nosem, spoglądając przez szybę z miną zawiedzionego dziecka na islandzki pejzaż. Zamiast promenady z palmami widział kamienną, lodowatą pustynię, na której szalała właśnie burza śnieżna.
Jakimś cudem udało im się trafić do odbioru bagażu. Zabrali swoje torby i wyszli z budynku lotniska. Max wyraźnie odzyskał wigor, odkąd miał na sobie długie spodnie, sweter i ciepłe skarpety z owczej wełny, które kupił przed laty w Zakopanem i zapakował z myślą o nocach, które – jak słyszał – nawet w ciepłych krajach potrafią być zabójczo chłodne. A on nie umiał zasnąć z zimnymi stopami. Jednak po wyjściu z lotniska zauważył z rozpaczą, jak szybko jego ukochane skarpety w renifery nasiąkają lodowatą wodą z topniejącego śniegu. Nie miał wyjścia – nie zabrał ze sobą innego obuwia poza parą sandałów.
Na szczęście Frak naszkicował przed wyjazdem w notatniku mapę, która pozwoliła im trafić do banku. Złodzieje postanowili zlokalizować swój cel przed dokonaniem napadu, żeby wiedzieć na czym stoją. Potem poszli zaopatrzyć się w broń. Udało im się dostać zabawkowy pistolet, tak dla picu i dwa kuchenne noże. Żaden z nich nigdy by się do tego nie przyznał, ale wszyscy trzej mieli w skrytości ducha nadzieję, że to pierwsze wystarczy i noże pozostaną w kieszeniach. Bo choć mieli waleczne serca, Frak, Dżinks i Max niczego się tak nie bali, jak widoku krwi.
***
– Guten Tag, mówi inspektor Eva Schwarzmorgen. Co? Jak to: nie udało się? Jak to: zbiegli?
Wściekła Eva rzuciła słuchawką. Jak to możliwe? W jej głowie kotłowały się myśli. Miała ochotę osobiście udać się do Islandii. Wiedziała doskonale, że to może być niebezpieczne, a jej pozostało przecież tylko kilka dni do zakończenia stażu we Wrocławiu. Jak go nie skończy, na pewno nie awansują jej na nadinspektora.
Z drugiej strony, gdyby sama złapała tę szajkę, na pewno zostałaby doceniona przez przełożonych. A na niczym innym jej tak bardzo nie zależało.
Postanowiła jednak nie działać pochopnie i przede wszystkim skontaktować się z polską policją. Kiedy podnosiła słuchawkę, przez okno swojego biura zobaczyła przelatujący samolot z wielkim, fioletowym napisem WOWair na boku. – Scheise! – zaklęła głośno i zaczęła wybierać numer.
***
W domu komisarza Maliniaka zadzwonił telefon. Słuchawkę podniosła jego żona.
– Tak, słucham?
– Halo? Mówi Eva Schwarzmorgen, czy mogłabym rozmawiać z panem Maliniakiem?
– Halo? Przepraszam, ale nie słyszę! Mam jakieś zakłócenia.
Tutaj połączenie się urwało.
– Verflucht! – zaklęła pani Szwarzmorgen. – Miarka się przebrała! Lecę do Islandii – zerwała się na równe nogi, zarzuciła na ramiona lekki prochowiec i wybiegła z biura.
W tym czasie Agnieszka Maliniak próbowała do niej oddzwonić. Jednak nikt nie odbierał. Inspektor Schwarzmorgen była już jednak w drodze na lotnisko, gdzie próbowała kupić bilet na najbliższy lot do Reykjavíku. Na szczęście był jeszcze tej nocy. Postanowiła zawiadomić Markusa von Neumana, dziennikarza, który miał relacjonować jej akcję i jeszcze dzisiaj dostać się do Islandii.
***
Inspektor Schwarzmorgen zamknęła drzwi swojego wrocławskiego mieszkania i klucz wsunęła pod wycieraczkę – tak umówiła się z właścicielką, nie zamierzała już tu przecież wracać. Świeżo umyte włosy miała dokładnie wyszczotkowane, na perfekcyjnie wyprasowanej garsonce nie było widać żadnego zgniecenia, buty aż lśniły od pasty. I to jej zapach, połączony z wonią mydła i proszku do prania, otaczał Evę Schwarzmorgen. Inspektor nie uznawała perfum. Czysty i schludny wygląd był, jej zdaniem, gwarancją profesjonalnego podejścia. Dopiero kiedy spędziła pół godziny pod prysznicem i drugie tyle przy desce do prasowania, poczuła, że jest gotowa do akcji.
A jednak w drodze na lotnisko poczuła jakiś nieokreślony niepokój. Próbowała go zagłuszyć, ustalając plan działania, ale to nie pomagało. Inspektor Schwarzmorgen nie chciała się poddać – jeśli miała osiągnąć sukces, musiała działać szybko i zdecydowanie. Kiedy jednak podchodziła do odprawy, w jej głowie pojawiła się uparta myśl: „Co będzie, jeśli okaże się, że działam zbyt pochopnie?”. Przez ułamek sekundy zastanawiała się, czy nie wycofać się z kolejki. Mogłaby złapać taksówkę i wrócić do swojego pustego mieszkania. Albo pojechać do Rynku, do Witaminki, na te pyszne lody z bitą śmietaną. „Nie!” – uciszyła w myśli swoje wahania i strzepnęła z garsonki niewidzialny pyłek. „Za późno, żeby się wycofać” – pomyślała i zdecydowanym krokiem skierowała się w stronę kontroli bezpieczeństwa.
***
Złodzieje postanowili rozpocząć od obiadu w jednej z restauracji w centrum Reykjaviku. Uznali, że nie sposób zrobić udanego napadu z pustym żołądkiem. Na widok cen w menu cała trójka wytrzeszczyła oczy, a Frak w swoim notesie szybko przeliczył, że ta przyjemność będzie ich kosztowała całe 450 złotych. Max wyjął mu ołówek z ręki: – Spokojnie – powiedział. – Za chwilę będziemy naprawdę bogaci, nie ma sensu żałować sobie tej chwili przyjemności.
Kiedy ogromne porcje steków z rekina wypełniły już szczelnie ich żołądki, pomyśleli, że pora rozejrzeć się za miejscem na poobiednią drzemkę.
– Co z tą twoją ciocią? – zapytał Max.
– W sumie to nie wiem. Zaraz zadzwonię – Frak wyciągnął wysłużony telefon komórkowy z pękniętą szybką. Zsuwając okulary na czubek nosa, wybrał numer. – Halo! Ciocia? Słuchaj, gdzie ty właściwie mieszkasz? Aaaa… Aha…. No cóż, do zobaczenia – rozłączył się i wyraźnie zawstydzony spojrzał na wpatrzonych w niego w napięciu Maksa i Dżinksa: – Panowie, mamy problem. Ciocia Marysia nie mieszka na Islandii tylko w Irlandii.
– Ja pierniczę! – Maksowi puściły nerwy. – Gdzie Islandia, a gdzie Irlandia.
Starsza para siedząca przy stoliku obok odwróciła się w ich stronę.
– Spokojnie – próbował załagodzić Dżinks. – Nie możemy się kłócić, jesteśmy zespołem. Przenocujemy w hostelu.
Max zajrzał do portfela. To, co tam zobaczył, musiało go uspokoić, bo pokiwał głową: – Dobra. A teraz zajmijmy się naszym napadem. Noclegiem będziemy się przejmować wieczorem.
***
Inspektor Schwarzmorgen siedziała w samolocie, który zaraz miał wystartować. Jej uwagę przykuł mężczyzna w prochowcu i kapeluszu. „He, he, detektyw” – pomyślała i uśmiechnęła się drwiąco. – „Takiego rozpoznam z daleka”. Odkąd zaczęła pracować w policji, spotkała wielu detektywów. Uważała, że nie dorastają policjantom do pięt. I jeszcze ta ich słabość do kapeluszy – naczytali się powieści, naoglądali filmów z Humphreyem Bogartem i wszyscy chcą być tacy jak on. „No trudno” – postanowiła być łaskawa. – „To przecież też są ludzie”.
Kiedy samolot wzniósł się do góry, Eva Schwarzmorgen rozpięła pas, rozsiadła się wygodnie i po chwili zapadła w sen. Obudziła się dopiero przy lądowaniu z powodu turbulencji.
– No to jestem – pomyślała. – Wysiadamy! – dodała już głośno.
– Już, już – powiedział Markus, który dopiero się obudził. Poprawił kapelusz, który zsunął mu się na czoło i skierował się wraz z nią w stronę wyjścia.
***
Agnieszka Maliniak czekała w domu na powrót męża. Wszystko dziś leciało jej z rąk. Stłukła swój ukochany półmisek z kaczuszkami po prababci Frani i pierwszy raz w życiu udało jej się przypalić zupę. A kiedy opanowała wreszcie armageddon w kuchni i stanęła przed łazienkowym lustrem, zobaczyła w nim zmęczoną kobietę. Dostrzegła też pierwsze zmarszczki w kącikach oczu. A tuż nad czołem srebrzysty włos, kontrastujący z jej kruczoczarną czupryną. Szarpnęła go, wyrywając. Pisnęła z bólu. Wiedziała, że to bez sensu, po tym pierwszym pojawią się kolejne. Gorsza jednak sprawa ze zmarszczkami – musi coś z tym zrobić. Ale tak naprawdę co innego nie dawało jej spokoju. „Ciekawe, co to za babsztyl dzwonił do mojego Edka” – zastanawiała się.
Kiedy usłyszała zgrzyt klucza w zamku, wyszła do przedpokoju. – Słuchaj, jakaś kobieta próbowała się do ciebie dodzwonić.
– Jaka kobieta? – komisarz Maliniak sięgnął do szafki po kapcie.
– Nie wiem… Schwarz czy Morgen… Mówiła po polsku, ale jakoś dziwnie…
Edward Maliniak wyraźnie się ożywił: – To może być coś ważnego, muszę oddzwonić. Wyciągnął z kieszeni dżinsów komórkę i zamknął się z nią w sypialni. Agnieszka starała się jak najciszej podejść do drzwi. Przystanęła, nasłuchując z niepokojem.
– Halo? Czy to inspektor Eva Schwarzmorgen? Tu Maliniak. Dzwoniła pani.
– O, w końcu pan się znalazł. Lepiej późno niż wcale – tak się u was mówi?
– O co chodzi?
– Musi pan jak najszybciej przyjechać na Islandię.
– Jak to?
– Normalnie! Mamy tu sytuację kryzysową. Poprosiłam już komendanta wrocławskiej policji, żeby zarezerwował panu bilety i hotel. Do widzenia – Schwarzmorgen rozłączyła się.
Komisarz Maliniak miał minę, jakby przed chwilą oberwał patelnią. Bezradnie wpatrywał się w wyświetlacz telefonu. Kiedy podniósł głowę, ujrzał swoją żonę, stojącą w drzwiach z założonymi rękami. Usta miała zaciśnięte. Wreszcie odezwała się: – Sam sobie odgrzej zupę. Ja wychodzę. Do kosmetyczki.
***
Biuro detektywa Sherlockdura Holmessona mieściło się tuż przy Rynku, przy ul. Kiełbaśniczej. Agnieszka Maliniak jeszcze raz spojrzała na wizytówkę, mocno już zmiętą: Kiełbaśnicza 3/48. To tutaj.
Złożyła parasol, który zdążył już kompletnie przemoknąć. Roztarła zmarznięte dłonie. Pogoda dzisiaj była bynajmniej nie wiosenna. Zadzwoniła do bramy. Po chwili usłyszała dźwięk domofonu. Pchnęła drzwi i weszła do środka. Po drewnianych schodach wspięła się na piąte piętro. Na ostatnim półpiętrze musiała przystanąć na dłuższą chwilę, żeby odsapnąć. Na drzwiach z numerem 48 widniała tabliczka: „Sherlockdur Holmesson. Prywatny detektyw. Specjalizacja: sprawy islandzkie, problemy z niemiecką policją, kradzież produktów pochodzenia roślinnego”.
Agnieszka Maliniak odetchnęła, policzyła w myślach do pięciu i zapukała do drzwi. Otworzył wysoki, szczupły mężczyzna około pięćdziesiątki. Miał siwe, krótko przycięte włosy i starannie wypielęgnowaną bródkę.
– Tak? – zapytał grubym, spokojnym głosem.
– Ja chciałam… Czy to pan jest tym detektywem? – wydukała Agnieszka Maliniak, nagle przerażona perspektywą czekającej ją rozmowy.
– Mhmmm… – wymruczał w odpowiedzi.
– Ja tu jestem w sprawie – zaczęła, ale detektyw jej przerwał: – Chwileczkę, proszę wejść do środka. Nie będziemy przecież o tym rozmawiać na klatce schodowej, prawda? Proszę za mną.
W biurze detektywa pachniało dobrą kawą. Poza tym było trochę jak w bibliotece – wszędzie stały regały pełne książek.
Holmesson zaprowadził ją do gabinetu. Pomógł zdjąć płaszcz i starannie powiesił go na wieszaku. Podsunął fotel i zaproponował: – Czego się pani napije? Kawy? Herbaty?
– Ja… – Agnieszka wciąż czuła się zagubiona. – Może… Może poproszę herbatę – tak naprawdę odkąd wyszła z domu marzyła o tym, żeby znaleźć się tam z powrotem. I spędzić ten dzień w fotelu, pod kocem, z kubkiem mocnej herbaty z malinami i dobrą książką.
– Doskonale – uśmiechnął się detektyw. – Niech zgadnę: przy takiej pogodzie najlepsza będzie czarna z malinową konfiturą, prawda? Musiała pani zmarznąć w taką pogodę. Proszę, oto pled, niech pani się nim okryje. Mamy kwiecień, po kilku ciepłych dniach ogrzewanie wyłączono, a w starych kamienicach niewiele trzeba, żeby zrobiło się chłodno.
Agnieszka spojrzała na niego ze zdumieniem: czy ten człowiek potrafi czytać w myślach? Detektyw wyszedł z pokoju, słyszała, jak w kuchni obok nalewa wodę do czajnika. Poczuła się nieco pewniej, a wtedy jej wzrok napotkał jelenią głowę, zawieszoną na ścianie. Nie mogła uwolnić się od myśli, że ten jeleń próbuje jej powiedzieć: „Aleś narobiła bigosu!”.
Rzeczywiście, nie była pewna, czy chce to zrobić. Była święcie przekonana, że jej mąż coś przed nią ukrywa, ale czuła się głupio z perspektywą zwierzenia się z tych podejrzeń obcemu człowiekowi. Wiedziała, że – o ile ta Schwarzmorgen rzeczywiście zawróciła Edwardowi w głowie – nie może pozwolić, żeby tak ją traktował. Z drugiej strony, nie chciała pogarszać swojej sytuacji w tym związku. Ostatnio i tak było kiepsko. Może gdyby miała lepszą pracę, więcej pieniędzy, umiała bardziej o siebie zadbać… Ale na co może pozwolić sobie nauczycielka w podstawówce w kiepskiej dzielnicy? Nie dość, że praca ciężka, pieniądze z tego żadne, to jeszcze spędza całe wieczory zagrzebana w wypracowaniach, które trzeba poprawić i które roją się od błędów. Trudno w takich warunkach być domową boginią.
Jej rozmyślania przerwał Sherlockdur Holmesson, stawiając przed nią filiżankę herbaty. Konfitura na spodeczku wyglądała na domową.
Holmesson usiadł za biurkiem. Poczekał, aż Agnieszka rozgrzeje się herbatą. – A teraz proszę opowiedzieć mi o swoim problemie.
– Mam pewne podejrzenia, że… – zaczęła, jąkając się. – Wydaje mi się, że mój mąż…
– Panią zdradza – dokończył za nią detektyw. Zdrady małżeńskie były tłem dziewięćdziesięciu procent spraw, jakimi się zajmował. Wiedział więc, że jest to dla jego klientów trudny temat, o którym nie lubią mówić.
– Tak – Agnieszka wyraźnie odetchnęła. – Ostatnio sporo się kłóciliśmy, a wczoraj przypadkiem odebrałam telefon od jakiejś nieznajomej kobiety. Chciała rozmawiać z moim mężem. Była chyba z zagranicy. Nazywa się… – Agnieszka Maliniak, zaczęła szperać w torebce, szukając karteczki, na której zapisała to znienawidzone nazwisko: – Schwarzmorgen. Eva Schwarzmorgen. Niemka, zdaje się. A dziś rano powiedział, że po południu wyjeżdża. Niby służbowo, ale nie wiem, kiedy wróci.
– Hmm…– zamruczał detektyw. – A kim jest z zawodu pani mąż?
– Policjantem.
– Rozumiem. Czego pani ode mnie oczekuje?
– Przede wszystkim chcę wiedzieć, kim jest ta kobieta i co ją łączy z moim mężem. Sam pan rozumie…
– Jak najbardziej. Coś jeszcze?
– Nie, to chyba wszystko.
– W takim razie dziękuję. Proszę tylko o numer kontaktowy, żebym mógł do pani zadzwonić, jak się czegoś dowiem. No i o skromny zadatek. 500 złotych na razie wystarczy.
Agnieszka Maliniak zapisała swój numer na kartce papieru i sięgnęła do zakładki portfela, gdzie miała ukrytych kilka zaskórniaków na czarną godzinę. A właściwie – oszczędności, z których miała zapłacić za wymarzone wczasy w Łebie. Taki prezent na dziesiątą rocznicę ślubu, którą Maliniakowie mieli obchodzić w sierpniu. „Trudno, mój spokój jest ważniejszy, a jeśli to jego kochanka, nasze małżeństwo nie doczeka do sierpnia” – pomyślała i położyła pieniądze na stole. Detektyw niedbale wrzucił je do szuflady, wstał i pomógł założyć jej płaszcz. W progu odwróciła się jeszcze: – Czy te informacje wystarczą, aby dowiedzieć się, kim jest ta kobieta?
– Jestem prawie pewien, że tak. Będziemy w kontakcie. Już wkrótce się odezwę.
– Dziękuję, do widzenia.
Kiedy zamknęły się za nią drzwi, Sherlockdur Holmesson, włączył komputer i w wyszukiwarkę wpisał imię i nazwisko Evy. Kilka sekund później na ekranie wyświetliło się jej zdjęcie. – Tak jak myślałem – powiedział do siebie Holmesson. – Dokładnie tak, jak myślałem.
Sięgnął po telefon, ale zaraz odłożył go na miejsce. Nie będzie dzwonił do Agnieszki Maliniak. Jeszcze nie. Skoro zapłaciła kilkaset złotych za jego usługi, musi mieć poczucie, że poświęcił temu zleceniu nieco więcej niż pięć minut swojego cennego czasu.
***
Markus i Eva wypożyczyli na lotnisku samochód. Wrzucili walizki do bagażnika i już po chwili czerwony Citroen pędził przez ulice Reykjaviku.
– Może nie jedź tak szybko – zaproponował nieśmiało Markus, którego dosłownie wbiło w fotel.
– A co jak nam uciekną? – zapytała w odpowiedzi Eva. – Ja stracę szansę na awans, a tobie dobry materiał przeleci koło nosa.
Po tych słowach pani inspektor docisnęła gaz do dechy. I ledwo wyhamowała przed światłami. Czekając na zielone, zerknęła na zegarek – jedna wskazówka nachodziła na drugą. Dwunasta.
– Scheise! – zaklęła.
***
Złodzieje zbliżali się do banku. Ostatni odcinek niemal przebiegli – tak im było spieszno po łup. Max i Frak mieli noże w kieszeniach płaszczy, a Dżinks mocno ściskał zabawkowy pistolet.
Stanęli przed drzwiami – na szkle widniało wypisane nowoczesną czcionką Reykjavik Savings Bank. Zaparło im dech w piersiach. – Panowie – oświadczył Max. – To nasz wielki dzień.
Pchnęli drzwi i weszli do środka.
***
Ostatni ostry zakręt i jeszcze jedna prosta. Eva Schwarzmorgen z piskiem opon zahamowała przed bankiem. Markus uruchomił kamerę, a ona szybko załadowała pistolet, po czym skierowali się w stronę wejścia. Eva była już na schodach, kiedy drzwi otworzyły się i dwóch mężczyzn wypadło z budynku, trzymając torby, z których wysypywały się banknoty. Eva miała właśnie krzyknąć „Stój, bo strzelam”, kiedy nagle trzeci złodziej, Dżinks, wpadł prosto na nią z takim impetem, że oboje przewrócili się na schody. Pistolet wypadł jej z ręki.
– Verflucht! – zaklęła inspektor Schwarzmorgen. Takiego obrotu spraw nie przewidziała. Na szczęście zadziałały resztki refleksu: podstawiła nogę złodziejowi, który próbował się podnieść, sama zerwała się, sięgnęła po pistolet i wycelowała w jego stronę:
– Stój, bo strzelam! – krzyknęła.
– Stoję, bo strzelasz! – odpowiedział Dżinks. Uznał bowiem, że profesorowi wypada mówić pełnymi zdaniami. Eva Schwarzmorgen, trzymając go na celowniku, lewą ręką sięgnęła do kieszeni, wyciągnęła z niej telefon i wybrała numer komisarza Hagberta.
***
Kilka godzin później, na komendzie policji, Eva i Markus czekali przed pokojem przesłuchań. Dziennikarz właśnie skończył pisać krótkie sprawozdanie do gazety. Nie był szczęśliwy – Eva stanowczo zakazała mu publikacji filmu z zapisem akcji „schwytania złodzieja”. Żałował, bo wiedział, że takie nagranie cieszyłoby się ogromnym powodzeniem. Jak zawsze, kiedy policję uda się przyłapać w głupiej sytuacji, bliższej komedii niż rasowym kryminałom.
Nagle w pomieszczeniu rozległ się dźwięk dzwonów. Markus, zdziwiony, zaczął rozglądać się dookoła. „Czy to taki islandzki zwyczaj?” – zastanawiał się. – „Mają kaplicę na posterunku?”.
– SMS – rzuciła krótko Eva. Wyjęła telefon i odczytała wiadomość. Jej twarz nieco się rozjaśniła. – Maliniak przyleciał – rzuciła. – Za czterdzieści minut będzie w Reykjaviku.
Ledwo skończyła mówić, kiedy drzwi pokoju otworzyły się. Stanęli w nich uśmiechnięty komisarz Hagbert i nieco mniej szczęśliwy Dżinks.
– Wiemy, kiedy będą wracać – powiedział Hagbert. – Wtedy ich aresztujemy.
***
Frak i Max po ucieczce spod banku znaleźli niemal pusty hostel na przedmieściach Reykjaviku. Rozpakowali się i rzucili się na łóżka.
– Słuchaj – zaczął Max – przecież nie możemy wracać samolotem! Na pewno przy kontroli wykryją, co mamy w bagażu. Musimy złapać jakiś statek.
– Ok, spróbuję zarezerwować bilety.
– Ale dopiero jutro. A teraz dobranoc.
***
Komisarz Hagbert nalał kawy do trzech filiżanek. Dwie czarne postawił przed Evą i Markusem. Do trzeciej dodał mleka i wrzucił trzy kostki cukru. Zamieszał, upił łyk i dorzucił jeszcze jedną. Dopiero wtedy uznał, że jest wystarczająco słodka.
– Słuchajcie – zaczął – nie wiem, czy nie byłoby dobrze odwołać ten lot do Wrocławia. Mają nim wracać, a już raz pokazali, że są większymi spryciarzami niż na to wyglądają. Nie możemy pozwolić, żeby znowu nam się wymknęli. Kto wie, co szykują. Może nawet jakiś zamach?
– A kiedy mają wracać?
– W sobotę o 17.
– To tak jak ja – Eva Schwarzmorgen zmarszczyła brwi.
– Trudno – komisarz Hagbert pociągnął kolejny łyk kawy. – Załatwimy ci miejsce na statku.
– Dobrze – Eva odstawiła filiżankę na spodek. – ale chcę odpłynąć dopiero po schwytaniu złodziei. Muszę to zobaczyć, a Markus wszystko nagra.
Nagle drzwi gabinetu Hagberta otworzyły się. Stali w nich Edward i Agnieszka Maliniakowie. – O, komisarz Maliniak – Eva uśmiechnęła się, spoglądając na Agnieszkę Maliniak chłodnym wzrokiem.
– Dzień dobry – przywitał się Edward Maliniak. – Przepraszam, że tak długo to trwało, ale samolot się spóźnił. Wiecie państwo jaki bałagan panuje w dzisiejszych czasach na lotniskach…
– Wiemy, wiemy. – wtrąciła inspektor Schwarzmorgen. Jej chłodny wzrok spoczął na Agnieszce Maliniak: – A kogo tu do nas przywiozłeś? – zapytała.
– Nazywam się Maliniak. Agnieszka Maliniak – żona komisarza odpowiedziała jej wyzywającym spojrzeniem. Obie przez dłuższą chwilę mierzyły się wzrokiem. I wtedy w torebce Agnieszki zadźwięczała melodyjka „Jingle Bells”. Kobieta wyciągnęła telefon, na wyświetlaczu zobaczyła numer Sherlockdura. Przeczytała wiadomość: „ES to inspektor policji w Berlinie. Proszę się nie martwić, o ile wiem, żaden mężczyzna nie był w stanie wytrzymać z nią dłużej niż trwa wypicie filiżanki kawy”. Agnieszka uśmiechnęła się i wyciągnęła rękę do Evy: – Bardzo mi miło panią poznać. Mąż mi opowiedział o pani tyle dobrego!
Kiedy policjanci zajęli się rozpracowywaniem akcji, Markus zagadnął Agnieszkę Maliniak. – Zawsze się zastanawiałem – zaczął – Jak to jest być w związku z policjantem?
– Ach, wie pan… – Agnieszka była speszona. Cały czas myślała o trudnej rozmowie, jaką musiała odbyć ze swoim mężem w samolocie. Przyznała mu się do wynajęcia detektywa, a po SMS–ie, jaki dostała od Holmessona, było jej podwójnie głupio. Pytanie Markusa jeszcze potęgowało w niej poczucie zawstydzenia.
– Pytam – tłumaczył Markus – bo tak sobie myślę, że zarówno związek z policjantem, jak lekarzem, czy biznesmenem, musi oznaczać dla kobiety samotność – męża pewnie często nie ma w domu, zawsze ma coś do zrobienia.
„Zupełnie jakby znał Edwarda” – pomyślała Joanna, ale nie chciała mówić tego głośno. Ich rozmowę przerwał twardy głos Evy Schwarzmorgen: – Markus, komm hier! – zawołała, a zaraz potem poprosiła, żeby reporter pokazał policjantom nagranie z akcji pod bankiem.
***
Eva Schwarzmorgen zrezygnowana weszła na statek. Nie dość, że nie udało jej się złapać złodziei, to w dodatku została publicznie ośmieszona i była prawie pewna, że wyrzucą ją z pracy. Ten przeklęty Markus nie potrafił się powstrzymać i wrzucił filmik z „akcji” pod bankiem do sieci! Kiedy wychodziła z komisariatu, miał już 200 tys. odsłon, teraz jej sława pewnie liczy się w milionach. Tego było za wiele!
Eva postanowiła napić się kawy. To da jej energię i nieco rozjaśni myśli. Weszła do baru, zamówiła małą czarną i usiadła przy stoliku. Zastanawiała się, co zrobić ze swoim życiem, kiedy straci pracę w policji. Bo musiała pracować, choćby po to, żeby nie myśleć o czekającej ją nieuchronnie perspektywie powrotu do pustego mieszkania. „Nie, nie będę o tym myśleć” – powiedziała sobie, kiedy poczuła, że łzy zbierają jej się pod powiekami. A Eva Schwarzmorgen postanowiła wiele lat temu, że nigdy nie będzie płakać. Nigdy. Odetchnęła głęboko i podniosła głowę znad filiżanki. Rozejrzała się po sali. I nagle, kilka stolików dalej, zobaczyła Maksa i Fraka. Siedzieli sobie spokojnie, rozluźnieni, zrelaksowani i wcinali steki z rekina. „Verflucht!” – zaklęła w myślach, nie mogąc uwierzyć własnym oczom. Musiała się uszczypnąć. Nie, to jednak prawda!
Jak oparzona wybiegła z baru. Kiedy tylko drzwi za nią się zamknęły, wyjęła z torebki telefon i wybrała numer Hagberta.
– Halo? – zapytał nieco zdziwiony. – Halo? Słyszy mnie pani?
Eva dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, co właściwie się stało. Musiała to sobie poukładać w głowie.
– Tak, jestem. Słuchaj, nie uwierzysz, ale oni tu są.
– Gdzie?
– Jak to gdzie? Na statku.
– Co? Nie do końca rozumiem.
– No oni! Złodzieje! Ci dwaj!
– Jak to?
– No sama nie wiem, ale są.
– Dobra, wysyłam helikopter, na razie.
Inspektor Schwarzmorgen była wniebowzięta. Żałowała tylko, że Markus został w Islandii. Po kilkunastu minutach usłyszała charakterystyczny turkot helikoptera.
„Ich habe gevannen” – pomyślała. Zadowolona z siebie usiadła na ławce. Nastrój jej się radykalnie poprawił. W wyobraźni widziała siebie jako szefową całej Bundespolizei.
***
Policyjny helikopter wylądował na pokładzie statku. Wysiedli z niego policjanci, którzy od razu zauważyli dwóch podejrzanych osobników, którzy idealnie pasowali do opisu zbiegów. Eva Scharzmorgen pożałowała, że nie ma z nią Markusa, ale postanowiła nagrać całą akcję sama. Pomyślała, że to może nawet lepiej – zrobiony telefonem filmik będzie wyglądał jakby wyszedł z ręki przypadkowego świadka. Była tak pochłonięta tym zajęciem, że dopiero na widok złodziei prowadzonych do kabiny śmigłowca, uświadomiła sobie, że też powinna nim lecieć. Ruszyła biegiem, przedzierając się przez tłum śledzący z zapartym tchem tę spektakularną akcję.
***
Następnego dnia, na komisariacie policji w Reykjavíku wszyscy policjanci biorący udział w akcji zostali wezwani na oficjalny apel z gratulacjami i podziękowaniami. Eva kazała Markusowi filmować całą uroczystość. Został zaproszony nawet Sherlockdur Holmesson, detektyw, który według opinii islandzkiej policji „Wziął bierno–czynny udział w nieoficjalnej operacji przechwyceniowo–śledczej zorganizowanej przez przyjaźnie nastawione siły policji polskiej oraz Bundespolizei na terenie Republiki Islandii.” Cokolwiek miało to znaczyć.
Wszystkim oficjalnie pogratulował szef islandzkiej Policji. Każdy w tym momencie myślał o czymś innym. Inspektor Scharzmorgen o awansie i o tym co zrobi po powrocie do kraju. Hagbert zastanawiał się, o co właściwie w tym wszystkim chodzi, dlaczego złodzieje nie mogli napaść na bank w Polsce i dlaczego jakaś niemiecka służbistka ich śledziła. Komisarz Maliniak próbował odpowiedzieć sobie na pytania, czy żona nadal podejrzewa go o zdradę i co zrobić, żeby ich związek trochę się ożywił. Pani Maliniak zastanawiała się, czy mąż już jej wybaczył. Markus żałował, że nie ma nagranej najciekawszej akcji na statku i pocieszał się, że w sumie dobrze, że cokolwiek ma. Sherlockdur nie miał pojęcia, po jaką cholerę go tu ciągnęli, ale cieszył się uznaniem policji za ten „bierno–czynny udział”. No i z okazji, żeby odwiedzić kraj, z którego pochodził.
***
Kilka dni później w policyjnym samolocie siedzieli trzej złodzieje.
– I co ty narobiłeś, Dżinks?! Zepsułeś całą akcję! – gorączkował się Maks.
– Ale to nie moja wina! To wszystko przez tą Szajsmorgen, czy jak jej tam…
– Dobra, panowie, spokojnie – Frak próbował przywrócić spokój.
– Jak mam być spokojny, skoro teraz wszyscy trafimy do więzienia!
– A może jednak nie? – pocieszał Frak. – W końcu nikomu nie zrobiliśmy krzywdy.
– Słuchajcie, ja mam już pomysł gdzie zrobić kolejny napad – w RPA! – ogłosił Maks.
– A, idźcie sobie z tymi durnymi napadami – machnął ręką Dżinks. – Mnie się spodobało bycie profesorem! Chyba się zapiszę na studia
– Spadaj!
Frak zastanowił się chwilę: – W sumie to RPA to nie taki zły pomysł. Wiecie co? Ja mam nawet ciocię w RPA!

KONIEC